Moje Flickrowanie
www.flickr.com
This is a Flickr badge showing public photos from jazzwink. Make your own badge here.















































































Kategorie: Wszystkie | Fylozoficzne | Lyngwistyczne | Obyczajowe | Wynalaski | Wyzualne
RSS
niedziela, 21 listopada 2010
taksamość

yearning
Originally uploaded by jazzwink
Pewne rzeczy, odczucia są uniwersalne. Kontekst może się różnić. Wyraz dawanyy tym odczuciom może być inny. Ale satysfakcja z sukcesu, radość z powodzenia, niepokój o przyszłość, duma z dzieci - myślę, że nie ma znaczenia, pod którą szerokością geograficzną i w jakiej kulturze się jest.
Się mianowicie chwalić chcę.
W międzyczasie od ostatniego wpisu udało mi się prawie nabawić wrzodów ze stresu. Bo że nie cierpię egzaminów wszelakich to wiedziałam od dawna. Ale połączenie obawy o wynik egzaminów z perspektywą, że jeśli nie zdam, to automatycznie tracę pracę, nie jest czymś, co wpływa pozytywnie na samopoczucie.
Więc kiedy oblalam pierwsze podejście z technik przesłuchań, mój optymizm wziął sobie wolne i udał sie na pobliski cmentarzyk kopać dołek. Całe szczęście egzaminujący też zdawali sobie sprawę z powagi wlasnych decyzji i nie oblali nikogo za drugim (i ostatnim) podejściem. A to wcale nie było takie oczywiste w przeszłości - z tym, że teraz nastała era cięć budżetowych i jak kiedyś ludziom udawało się przenosić na inne, niższe stanowiska, to teraz rezultatem oblania jest faktycznie utrata pracy... Bo rząd musi skądś wytrzasnąć oszczędności.
Tak więc jestem dumna i blada, bo pozdawałam wszystkie egzaminy i jestem teraz wykwalifikowanym inspektorem do spraw. Znaczy się, mam tytuł i wszystko. Oprócz gwarancji pracy, bo konserwatyści i cięcia budżetowe.
Dawid nareszcie wyrwał się z deprechy robotniczej. Całe szczęście, bo był już w naprawdę złym stanie psychicznym a momentem, kiedy zjechał już pod ziemię ze swoimi ambicjami było, gdy zaczął głosić, iż nawet lubi pracować w fabryce... Tak więc myślę, że pierwsze (a może drugie) koty za płoty...
Ada jest dumna i blada, bo złożyła swoją Brownie promise i jest pełnoprawną harcerką. Nigdy nie widziałam jest tak promieniejącej, jak wtedy, gdy wypadła z salki ściskając swoją pierwszą brownie badge (sprawność) i dyplom. Teraz pozostaje mi zanabyć pełne umundurowanie, oh joy!
To tyle na dzień dzisiejszy. Mało filozoficznie, ale za to jakie optymistycznie!
czwartek, 08 kwietnia 2010
polsza

the skeleton boat
Originally uploaded by jazzwink
Piszę sobie z kraju. Pięknego kraju nad Wisłą. Kraju, w którym zwykła gra planszowa dla dzieci pięcioletnich kosztuje tyle, że wyplułam prawie płuca, gdy sprawdziłam cenę w Merlinie...

Na razie jednak dobrze się bawię, bo i gra i książeczki (które kosztowały kwotę, za którą spokojnie może wyżyć 3-osobowa rodzina przez tydzień) były zajączkowym prezentem. Co do tego tygodniowego wyżycia, to już taka pewna nie jestem. Wypadłam z obiegu. Przeraziła mnie kwota, którą zostawiłam w przydrożnym sklepie za 2 półlitrowe butelki wody... Zarobki znajomych, których się podpytałam, pozostały na tym samym poziomie. Nie chcieli narzekać. Trzymali fason.

Pewnie się doszukuję. Ale jak tu nie? Jeśli za grę i 3 książeczki dla dzieci zapłacić trzeba ponad 200zł to jest to towar luksusowy. Kraj, w którym tego typu przedmioty stanowią towar luksusowy ma na głowie postawioną hierarchię wartości...

Na dworze za oknem piękna polska wiosna. W powietrzu zapach świeżo zaoranej ziemi - gwoli wyjaśnienia jestem na (prawie) zapadłej wsi, gdzie jajka i mleko od sąsiadów się bierze. Aż chciałoby się zostać na dłużej, od rodziny z sąsiedniej wsi pogryzając staropolski chleb pieczony w kaflowej kuchni. Ale pięknie jest przez kilka dni, potem wkrada się szara codzienność, taka sama jak wszędzie. Obawa, czy będzie praca, czy nie. Czy starczy do pierwszego. Czy kupić kurtkę i buty dla dziecka, czy może parę książeczek...

Jedna ciotka rzekła: "Czegóż ci więcej trzeba - byle przeżyć"... Mnie jakoś więcej trzeba. Trzeba świadomości, że mogę czegoś więcej. Trzeba świadomości, że mnie w urzędzie potraktują z szacunkiem a za leczenie nie muszę dawać koperty, żeby mnie leczono dobrze. A to nadal jest rzeczywistość w polskich urzędach i ośrodkach zdrowia - vide babcia Dawida, za opiekę nad którą lekarzowi w szpitalu w łapę dać było trzeba.

Gdzie jest normalność? Zdaje się, że nadal poza strefą Schengen...
niedziela, 21 marca 2010
Straceńcy


Originally uploaded by jazzwink
Kolejna próba oceny polskiej emigracji. Miałoby sie nadzieję, że bezstronna. Oto wywiad z profesor Krystyną Iglicką, która przeprowadziła szeroko zakreślone badania emigracji.

Chciałabym naprawdę uwierzyć w naukową bezstronność pani profesor. I nawet mi się to prawie udało przy pierwszym czytaniu wywiadu. 

Nie wiem, może wywiad nie był autoryzowany. Może został pocięty. Prawda jest taka, że Iglicka swoimi własnymi słowami kreśli wizerunek emigracji niewiele odbiegający od opinii krążących po forach Onetu... 

Nie chodzi o to, że podaje nieprawdziwe fakty. Fakty są takie, że powracający do Polski emigranci mają problemy ze znalezieniem pracy. Są nieatrakcyjni dla polskich pracodawców, bo "ich dobry angielski jest mitem". Bo pracowali "w barze czy opiece nad dziećmi". Takie są fakty. 

Zero refleksji, dlaczego właściwie pobyt za granicą jest postrzegany w Polsce jako nieatrakcyjny z definicji. Dlaczego doświadczenia tam zebrane nie mają żadnej wartości.

Ogólne wrażenie, które odniosłam z calości wypowiedzi Iglickiej to brak poszanowania dla emigracji. I nie chodzi o zachwyty nad odwagą czy pochylenie nad niedolą, ale zwyczajną bezstronność i dostrzeżenie złożoności zjawiska.

Iglicka prześlizguje się po problemie i pomija głębsze implikacje zaobserwowanych zjawisk.

"Wystarczy prześledzić emigranckie fora internetowe - jaka tam panuje frustracja! Dla tych ludzi Polska jest macochą. Oskarżanie Polski to oczywiście mechanizm obronny, bo nikt nie wyrzucał tych ludzi z kraju."

Oczywiście. Oczywiście? Nie ma czegoś takiego, jak "oczywiście" w naukowym podejściu. Zwłaszcza, jeśli tekst jest skierowany do przeciętnego odbiorcy treści portali internetowych. Przeciętny czytelnik nie posiada wystarczającej znajomości psychologii i socjologii, by zinterpretować owo "oczywiście" inaczej, niż poprzez swoje własne wyobrażenie o emigrantach. Bo skoro nikt ich nie wyrzucał, to o co właściwie chodzi? Sami podjęli decyzję o wyjeździe. Sami więc są sobie winni. 

Frustracja! Iglicka prześliguje się po mocnych określeniach, nie próbując nawet wgłębić się w powody takiej, a nie innej sytuacji. Czytuję kilkanaście forów emigracyjnych i, rzeczywiście, da się zauważyć frustrację wynikającą głównie z porównania życia w Polsce i za granicą. Z rozdarcia pomiędzy dwoma światami. Z tęsknoty za rodziną. Z dramatycznych wyborów. Frustrację tym, że można żyć łatwiej, ale trzeba się pogodzić z pewnymi wyrzeczeniami. A także tym, że w kraju praktycznie niemożliwe jest zycie na podobnym poziomie jak na emigracji.

"(...) wracający muszą zaakceptować to, iż będą dostawać 2-2,5 tys. złotych, podczas gdy tam zarabiali 8-9 tys. I choć były to stawki "pakistańskie", to mogli z tych pensji coś odkładać, by np. przesłać parę groszy rodzinie w Polsce."

I? Owe, pogardliwie określone, stawki pakistańskie pozwalają żyć na normalnym poziomie i zaoszczędzić. Czy coś z tego wynika w przytoczonym wywiadzie? Nic. 

"Przeprowadziłam wiele wywiadów z powracającymi. Jedna z dziewczyn opowiadała mi, jak po powrocie do kraju dostała swój pierwszy pasek z pensją, na którym widniała suma 1,5 tys. zł. Rozpłakała się."

I tyle. Kropka. Rozbestwiła się dziewczyna po prostu. Tam na pakistańskich stawkach (czyli po prostu na minimalnej pensji) była w stanie żyć normalnie. Chociaż chyba właśnie najwyraźniej nie, skoro wróciła do normalności. Polskiej normalności. Deal with it, girl. 

Nie mam pojęcia, dlaczego Iglicka w swoim ujęciu sprawy probuje bagatelizować ludzkie emocje i rozterki. Znaczy, pojęcie mam, bo ogólna wymowa owego podejścia widoczna jest przy końcu wywiadu.



"Problem obecnych emigrantów polega m.in. na tym, że nie do końca im się wszystko udało. Nie zarobili tyle, by przyjechać do Polski i być panem Solorzem. Ale na to trzeba czasu"

Aha. 
A właściwie to na jakim wycinku polskiej emigracji pani Iglicka przeprowadzała badania? Odnoszę wrażenie, że zgubiło jej się parę dobrych tysięcy ludzi. Głównie tych, ktorzy nie wyjechali za granicę, by zostać solorzami. Tych, którzy zakładają tam własne firmy. Tych, którzy nie mają zamiaru wrócić, a jeśli odkladają, to na wlasny dom na emigracji...

"Na Wyspach mamy też grupę polskich profesjonalistów: finansistów z City, prawników, lekarzy itd.
- Ale to jest elita. Może około procentu całości. Kilka tysięcy ludzi."

Margines. Nie warty wspomnienia. Może faktycznie. Ale co z tymi tysiącami ludzi, ktorzy nie są lekarzami, finansistami czy prawnikami. Ale też nie kładą plyt chodnikowych, nie są budowlańcami, spawaczami, nie sprzątają. Co z ludźmi, którzy po tym przedłużonym etapie pracy fizycznej powoli idą w górę drabiny społecznej, doskonalą język. Pracują na stanowiskach, na ktorych być może pracowaliby w Polsce - w biurach, urzędach, administracji, są tłumaczami, pielęgniarkami. Kształcą się. 

Margines. 

Mamy więc wielotysięczną grupę ludzi całkowicie oderwaną od rzeczywistosci, pragnącą zostać solorzami najlepiej w jakieś 2 lata po wyjeździe. Wiadomo więc, iż "Dla Polski to jest to stracone pokolenie. Ale może będą chcieli wrócić za 15-20 lat, z kapitałem społecznym, ze znajomością języka, kontaktami za granicą i pieniędzmi, które zainwestują w Polsce w coś sensownego? Niech to będą np. domy opieki, których u nas nie ma, a których będziemy potrzebować. Gdyby teraz wrócili, wzrosłoby bardzo bezrobocie."

Jesteście więc niczym więcej niż śmieciami i wyrzutkami, ktorzy sami są winni swojej sytuacji. Ale macie szansę się zrehabilitować, ponieważ "emigracja ma też aspekt kulturowy. W Polsce jest dobrze postrzegana i nieźle się kojarzy. Bo emigrantem był bogaty wujek z Ameryki, ktoś, kto przywoził prezenty, komu się udało."

Do tego czasu spadówa.
sobota, 13 lutego 2010
Spadanie


Originally uploaded by jazzwink
Właśnie przeczytalam pewien artykuł na Gazeta.pl. Świetny tekst, rewelacyjnie napisany. Z wyczuciem, chociaż momentami chociaż może nawet ze zbyt dużym. Pokazuje mechanizmy osuwania się ludzi w biedę i różnice między przaśną biedą peerelowską a obecną, drapieżną. Co prawda wpada w typowe dziennikarskie pułapki zestawiania rzeczy nie do końca równoważnych, ale generalnie uważam, że jest to jeden z rzetelniejszych artykułów na tematy społeczne, jaki kiedykolwiek czytałam.

A teraz refleksje. Tak sobie myślę, że odnalazlam w tym tekście swoje obawy i lęki przed powrotem do Polski. Szarą rzeczywistość, która zawsze czycha za rogiem, żeby cię dopaść. A przecież niby nie było nam tak źle. Mieściliśmy się w tej strefie, w której balansuje się na cienkiej linie samodzielności łamanej przez pomoc rodziny. Bez tej pomocy... 

Podstawowa różnica między Polską a Wielką Brytanią - opieka państwa. Cokolwiek nie mówić o tutejszym systemie i nadużywaniu go przez wielopokoleniowe rodziny bezrobotnych, tutajsze państwo podaje pomocną dłoń w sytuacjach, gdzie państwo polskie śmieje się w twarz ludziom potrzebującym. Zalożeniem systemu zasiłków jest pomoc, nie penalizacja niepowodzenia życiowego. 
Oczywiście szczytne zalożenia sobie, a rzeczywistość sobie. Rząd zaczyna powoli coraz agresywniej walczyć z oszustami żerującymi na nim, z beficiarzami, pseudosamotnymi matkami itp...

Anyway, inna sprawa. Poczytałam sobie również komentarze pod artykułem. Zadziwiające, jak typowe. "Mnie/moim znajomym jest dobrze, więc autor bzdury pisze". "Ja mam dobrą emeryturę, więc jeśli ktoś nie ma, to znaczy, że patologia i sam sobie winien"... I tak dalej. Niewielu ludzi zauważyło, jaki wysiłek zostal włożony w uzyskanie jak największej obiektywności artykułu. Niewielu doceniło przygotowania i zakres źródeł wykorzystanych przy pisaniu...


sobota, 06 lutego 2010
Life in numbers

after work
Originally uploaded by jazzwink
"50% of us write something down on a list after completing it - just to feel the rush of crossing it off"...

Dobrze jest wiedzieć, że nie tylko ja wpisuję różności na listę rzeczy do zrobienia po tym, jak je już zrobię. :-) 

A tymczasem jeszcze nie mogę na tą listę wpisać "Financial Awareness", bo czeka mnie jeszcze kilka dobrych sesji, zanim będę w stanie zrobić poprawną rozpiskę konta... Niech szlag trafi księgowość, no. Już wiem, skąd się wzięła ta kreatywna...

"5 minutes is the average adult attention span"...
Prawdę mówiąc, to na niektórych kursach czuję się prawie jak złota rybka... Weźmy na ten przykład wykład z obliczania VATu. Mój attention span trwał może z jakieś 10 minut. Potem nastąpiło spięcie i przez pozostałe 3 godziny pan wykładowca tylko ruszał ustami...

"9% of parents have forgotten to pick up their child from school or an activity"...

Phi! Ciekawe jaki procent nauczycieli zapomniało, że zwołało wywiadówkę... Powinnam być dumna z siebie.


poniedziałek, 25 stycznia 2010
Przesiadka


Originally uploaded by jazzwink
Wa-hey! Po dwóch dniach łażenia po supermarkecie nareszcie dokonaliśmy zakupu... Mazda 6 - palce lizać, jak na razie.
Tak ogólnie to świetny pomysł taki supermarket. Wchodzisz sobie, oglądasz dzieciątki i setki samochodow i wybierasz, co ci się podoba. Jak coś ci przypadnie do gustu, meldujesz się w okienku, dostajesz kluczyki i osobistego wciskacza i oglądasz auto. Nie ma limitu na liczbę oglądanych pojazdów, więc podobno niektórzy tam przychodzą po kilka dni z rzędu i macają wszystkie po kolei. Znaczy się, nie wszystkie, bo fizyczną niemożliwością to jest, ale spokojnie kilkadziesiąt można zaliczyć.

Tak czy inaczej pozostaje się nam pozbyć naszej vectry, której jak na złość właśnie wczoraj w nocy ktoś rozbił lusterko. Co by nam za dobrze nie było.
niedziela, 10 stycznia 2010
Łatwość użycia

double trouble
Originally uploaded by jazzwink
Niniejszy wpis jest wyrazem zachwytu nad prostotą pewnych rzeczy. Rzeczy, które wcale takie być nie muszą.
Wczoraj wieczorem, w sobotę, zapłaciłam podatek drogowy. A przylazło mi standardowe pisemko, że czas nadszedł. Więc weszłam na zapodaną stronkę, wklepałam odpowiedni kod i zapłaciłam. Znaczek na szybę przyjdzie za 3-5 dni.

Jakiś czas temu zmieniałam adres. Jako, że i na prawie jazdy trzeba, włożyłam je do koperty, nadałam na poczcie i za tydzień miałam nowe w skrzynce.

Teść kupił na ebayu samochód. Teść mieszka w Polsce. Samochód miał narodowość brytyjską. Załatwienie formalności wywozowych trwało po tej stronie jakieś 15 minut - tyle ile potrzeba na wlożenie odcinka dokumentu rejestracyjnego pojazdu do koperty i wysłanie pocztą do urzędu komunikacji, a poniesione koszty ograniczyły się do kwoty bodajże 4 funtów. Załatwienie formalności w Polsce przywozowych trwało okolo 3 miesięcy. Koszty przerejestrowania poszly w tysiące złotych (nie licząc w ogóle kosztów przerobienia układu kierowniczego pojazdu (ktory to polski wymóg podobnoż jest zresztą kwestionowany przez Unię).

Ot, takie sobie poranne przemyślenia po wizycie na paru forach...
wtorek, 15 grudnia 2009
Idea


Originally uploaded by jazzwink
Se pomyślałam, że skoro młoda opanowała w stopniu zadowalającym podstawy czytania w języku angielskim, to może zacznę ją szkolić w jej teoretycznie ojczystym...
Wygrzebawszy gdzieś stronę kształcenia na odległość z pełnymi uprawnieniami szkoły podtsawowej, i podziwniowszy rewelacyjną inaczej stronę informacyjną owej, postanowiłam poprosić o więcej informacji drogą emailową...
Dzień czekania na odpowiedź siódmy. Drogi pamiętniczku, nadal stoję u okna wypatrując oczy modre za listonoszem... yyyy, to nie ta bajka.

No więc zobaczymy, czy aby rozpocząc naukę w polskiej szkole trzeba będzie stanąć na głowie, czy może okaże się, że świat się zmienił i polska instytucja panstwowa odpowiada na zapytania petenta w czasie krotszym niz 6 miesiecy.

Hehehe...
niedziela, 11 października 2009
Okiem proroka


Originally uploaded by jazzwink
Wspaniały tydzień... Znaczy się dla maniaka serialowego. W srodę zaczęłam oglądać True Blood, w czwartek zapuścili nowy sezon Bones i Lie to me a dzisiaj czeka mnie następny odcinek najnowszego sezonu House'a i Fringe'a. Jezdem uzależniona.
I to mówię ja - osoba, które jeszcze kilka lat temu pluła na wszelkie seriale...
No ale cóż - człowiek głupieje na starość najwyraźniej i potrzebuje jakiegoś wypełniacza umysłowego. Mogęsię jedynie pocieszać, że nie mogę się odessać od seriali, ekhm, bardziej inteligentnych... E tam, wszystko jedna słoma. Uwielbiam seriale! Powyższe, znaczy się. :-)
wtorek, 01 września 2009
Cisza. Bank holiday weekend dobiega konca... 31 sierpnia. Jutro 1 wrzesnia. Praca. Szkola. Wielka Brytania spi w oczekiwaniu na poczatek tygodnia. 
Cisza po weekendzie jest inna niz cisza w piatek lub w sobote. Wszyscy spia, starajac sie nadrobic zarwane noce, weekendowe picie. 
Angielki weekend to w zasadzie weekend poswiecony spotkaniom, grillowi, piciu, swietowaniu dwudniowego zakonczenia tygodnia pracy. 
Zanim zanurkuje sie w nowy tydzien, trzeva zaszalec, wypasc, odwiedzic. 
Za oknem trzasnely drzwi samochodu. Sasiad. A moze nie. Nawet nie patrze. Swiat zasnal w oczekiwaniu na swit, 
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5